To i Owo

moim zdaniem

MotoMarzanna 2012

Posted by szpadi under Motocyklowo

I stało się.

Wczoraj zadość uczyniliśmy młodej w naszym lokalnym motocyklowym świecie tradycji – motocyklowego topienia Marzanny. Była to zaledwie 4 edycja ale specyficzna z powodu pogody jaka nas uraczyła.
Zima ewidentnie nie chciała ustąpić. Manifestowała swoje niezadowolenie zimnen, deszczem a nawet gradem i śniegiem.

Ale promyk słońca jaki wymsknął się jej (pewnie) niechcący wystarczył na tyle,  by wzmocnić nasze bikerskie serducha i dokonać dzieła!

W tym roku zmotywowani i nie baczący na nic motocykliści pojawiali się pod kaliskim teatrem od godziny 10:30. Pizgało tak, że rodzynki się robiły we wiadomym miejscu i z wiadomych części (u bikerów) a sutki sterczały niczym wentyle od stara (u płci obojgu). Niektórzy przyjechali autami, po to by spotkać się i uczestniczyć w wydarzeniu. Sam też nie odpuściłem i z zaparowaną szybą w kasku dobiłem do zgromadzonej ekipy.
Mnóstwo nowych twarzy (chyba, że mam sklerozę), powitania, pogaduchy i narzekanie na aurę – czyli to co lubimy najbardziej ;D

Nie czekaliśmy za długo i prawie punktualnie o 11 wyruszyliśmy kawalkadą w kierunku Szwacina – miejscowości niedaleko Kalisza, gdzie czekali na nas organizujący akcję bikerzy z forum motocyklisci.kalisz.pl.

Tempo jak na paradę zaskakująco dobre, oczywiście zgodnie z przepisami RD ;-) (przy okazji: nie wiem co za złamas wymóżdżył że po mieście jeździ się 50 km/h…. przecież kurna, szybciej moja Kochanica stoi ;D). By ekipa sprawnie przewinęła się przez arterie Kalisza w kilku miejscach musieliśmy wstrzymać ruch, przepraszając w duchu kierowców aut. Takie zachowanie często jest negatywnie komentowane w mediach ale grupie motocykli pozwala na sprawne i nierozerwane przemieszczenie. Kierowcy samochodów natomiast mogą sobie odsapnąć i popatrzeć na przepiękne maszyny i usłyszeć bez odrywania uwagi tego dźwięku ;D
Przejechaliśmy bez deszczu.

 Ok 14 z godzinnym opóźnieniem z powodu pogody zmontowaliśmy się w paradę. Szybko i sprawnie przyjechaliśmy do Kalisza pod teatr, gdzie popełnione zostało przestępstwo na Zimie (suko ty!).

 Nie będę się rozpisywał na temat dywagacji o samej Marzannie wśród bikerów ale mało znam „kobit”, których tak wielu nie lubi heheh.

Ze swojej strony zrobiłem jedyne co mogłem, czyli pożegnalnego „złapcycka” (a fajne miała!).
Nie było mi żal jej wcale.
Nie jestem też w stanie opisać klimatu jaki towarzyszył wszystkim tam obecnym. Dla niektórych to był pierwszy wypad w sezonie i to w taką pogodę!. Dla innych kolejny i z pewnością nie ostatni raz.
Wyczuwało się mega pozytywne wibracje jak to się określa, w sumie nie dziwota… przecież jesteśmy wszyscy bikerami.

Powrót do Szwacina równie sprawny jak poprzednie przejazdy: rach-ciach i już.
Ledwie zajechaliśmy na miejsce a już dostałem sms od koleżanki-małżonki ;D „w Kaliszu pada grad!”. O ja pierdolę! – pomyślałem sobie w duchu po czym zakląłem szpetnie niczym bosman z dowcipu.
I faktycznie.
Niebo od strony Kalisza nabrało koloru siniaka pod okiem, niczym nazajutrz po „komunikacji niewerbalnej” np. przed knajpą ;-) . Długo nie musieliśmy czekać by grad wielkości ziarenek prażonego ryżu zaatakował nas manifestacyjnie podkreślając, że Zima jeszcze ma coś do powiedzenia i jeszcze nie utonęła.
Mało tego! – niektórzy podejrzewali, że nasz forumowy kolega Kubala (www.jakubrychlik.pl), który jest ratownikiem medycznym (uczącym nas też tej zacnej sztuki) wyciągnął MotoMarzannę i ją zreanimował!

Na szczęście ta „emalia” pogodowa nie trwała długo. Ponadto zimno nas już nie dotyczyło ponieważ klimatyczne ognicho paliło się wewnątrz „rotundy” dając ciepło oraz wkurwiający oczy dym ;D. Zjadłem mega pyszną grochówę (nie oszukaną, bo do dzisiaj unoszę się nad fotelem ;D) i karkówę z grilla. I właśnie sobie uświadomiłem, że to chyba pierwszy plenerowy grill w tym roku!

Można by sobie pomyśleć, że to już koniec.

Ale nie!
Po gradobiciu, które przegadaliśmy snując plany i marzenia na ten sezon odbyły się konkursy z nagrodami.
Główną nagrodą był kurs na prawo jazdy kat.A. Przydatna sprawa ;D -chyba. heheh.
Niemniej ważną i megazajebistą nagrodą była kurtka motocyklowa i „gadżety” do wieczornych zabaw (takie tam łerotyczne).

To tyle w sumie ze wspominek wczorajszego dnia, który zakończył się imprezą suto zakrapianą rozweselaczami.

Po raz kolejny powiem Wam – Zajebiste jest życie Bikera! ;D

fotki wykorzystane z forum: motocyklisci.kalisz.pl

… no i stało się…. Dzisiaj!

A zaczynało się tak niewinnie…

Sobota, leniwy poranek po wyśmienicie spędzonej nocy na imprezie „Bikers Night” we Wrocławiu w doborowym towarzystwie bikerów.

Niewyspany, ciut zdegustowany cyckami striptizerek i brakiem barmanek topless (a miały kuria być!) zwlokłem się z wyra.

Słońce obudziło mnie tuż po 9. Z początku byłem trochę zły i podminowany… przecież sobota!….. :-/ przecież położyłem się spać 4 godziny temu!…
Szybko jednak przypomniałem sobie, że czas zaiwaniać do firmy bo klient umówiony….aaaaaa!!!

Jadę do firmy…… i…….rogal pojawia się na gębie: „Ja pierdziu ale pogoda przepiękna!”… słońce, zero chmurki; chłodno ale nie zimno więc może czas obudzić z zimowego snu Kochanicę?!

…. i zaczęło się: Tak, tak, tak, tak, tak!- wewnętrzna nerwówka… pośpiech… i natarczywe myśli „dzisiaj kurna jadę!”

Wprawdzie miałem „doszykować” maszynę przed tym sezonem, zdemontować i przemalować koła, tylny wahacz, zajrzeć do sprzęgła…. To wszystko jednak przegrało z dzisiejszą słoneczną pogodą. Z prędkością pędzonego przez biegunkę załatwiłem temat u klienta, w głowie przerzucając już na poniedziałek wszystkie sprawy z dzisiaj. Telefonicznie nakręciłem mą niezastąpioną kompankę podróży – małżowinkę ;D na „pierwszy raz w tym sezonie”. Z małym oporem, ale zgodziła się na ten chytry plan. WSZYSTKO ZAGRAŁO!

Zapakowałem klamoty i szanowne 4 litery do auta.

W drodze do domu odwiedziłem mega kompana – Denzela, który rozpoczął z góry skazany na zwycięstwo bój ze swoją maszyną (Banditem 1200) o wymianę zestawu napędowego. Dzwoniąc do mnie pytał czy nie mam stojaka do moto.
„Mam, nie potrzebuję, jadę na chatę więc podrzucę…nara”
Podbiłem do Garage, gdzie zostałem nieboleśnie pokąsany przez zazdrosną o pana- Denzelową psinę i pomogłem wciągnąć na stojak maszynę. Krótka pogaducha z której niewiele pamiętam, bo przecież w myślach „sypałem” już  po okolicznych asfaltach i lufa do domu.

Obiad jadłem tak szybko, że prawie nie było widać sztućców przemierzających dystans od talerza do japy. Tempo zwolniłem dopiero ubierając się ograniczony pełnym bęcem i ilością moto odzieży ocieplająco-ochronnej. Mój Plecaczek* z racji gabarytów znacznie szybciej uporała się z rytuałem.

W krótkiej drodze do garażu Kochanicy zastanawiałem się czy odpali, czy powietrze jest w kołach karcąc się jednocześnie za to, że przez zimę doń nie zaglądałem.

Honda, to jednak Honda moje obawy okazały się bezpodstawne. No….  nie do końca… trochę ubyło powietrza w kołach, ale mechanicznie: IGŁA!.

Szybkie tankowanie i:  ”kurwa!… w poprzednim sezonie do pełna tankowałem za ok 70 zł, dzisiaj za 90! „ – z rozgoryczeniem i wołaniem o pomstę i rozczłonkowanie osób za to odpowiedzialnych powiedziałem do Plecaczka!  -  „A kit tam, jedziemy!”

Dopierdziałem jeszcze w oponki, bo jak wspomniałem wcześniej troszku przez zimę ubyło (0,8 na przodzie i 2,0 tył)  i …… zaczęło się :D

Uwielbiam ten stan, komfort, warkot i to co się dzieje w głowie gdy siedzisz na maszynie!.
Obraliśmy kierunek Gołuchów, a że szybko nie jechaliśmy po 3 minutach byliśmy na miejscu ;-) . Chłodzik dawał się trochę we znaki ale kto by się tym przejmował. Jechaliśmy… jechaliśmy… jechaliśmy….

…. a teraz siedzę w domu i o tym piszę, radując się że dzisiaj był MÓJ PIERWSZY RAZ w tym sezonie ;-)

Nawinęliśmy jakieś 60km. Niewiele… ale za to z taką radością!. Wesołe jest życie bikera!!!.

——————————————
*mianem plecaczka określa się pasażera na moto (jak by ktoś nie wiedział ;-) )

 

Jeszcze mróz grubiutko trzyma, a w głowie plany, plany, plany.

Wertowanie kalendarza, przeglądanie map, for dyskusyjnych, atrakcji i wszystkiego co tylko możliwe by utrzymać i podnieść narastający poziom adrenaliny.
Kochanica nawet jeszcze nie jest gotowa a ja już zamierzam dać jej w palnik ile wlezie :D patrząc jak ucieka asfalt spod tyłka, z wierną kompanką podróży – Małżowinką.

Wprawdzie co roku planów jest wiele a później gorzej jest z realizacją.
W tym roku postanowiłem, że będzie inaczej. Nie nakręcam spirali i nie wyznaczam mało realnych planów. Jest kilka pozycji „must have” do zaliczenia (głównie fajniejsze koncerty i zloty) ale prym w nich wiedzie spełnienie młodzieńczych marzeń – objazdówka Polskiego wybrzeża (o czym wkrótce zacznę pisać ;D).

Co noc w innym miejscu, poranki na plaży… zachody słońca.

Jednak od czegoś trzeba zacząć.
Kalendarz mocno sprzyja podróżom. Przymierzam się do pierwszej w długi majowy weekend.
Cel – Zamek Książ. Nie byłem i chcę zdobyć :D
Ilość maszyn – nieznana, myślę że ktoś jeszcze się skusi.

Trasa trochę widokowa, bokami, dziurami. Tak lubię. Bez gonitwy, stresu i napinania się. Wypad na dwa dni z jednym noclegiem, może jeszcze jakieś zwiedzanko.

 

To będzie pierwsza moja, otwierająca sezon wyprawa.
Zbieranie kasy już rozpoczęte, Kochanica wędruje w najbliższym czasie do mechanika – Wilczura i Zico na małe przygotowanie. Wymiana sprzęgła, płynów, może jakaś regulacja… a przede wszystkim kolejne wizualne zmiany… o czym będę na bieżąco pisał i dzielił się fotkami.

Plany pokrzyżować może jedynie pogoda i jakieś kataklizmy :D
Zabieram ze sobą tablet, więc z motowyprawy na bieżąco pojawią się tu zdjęcia i relacje.

Kolejną wyprawą, w mega grupie pozytywnie zakręconych – powariowanych i wspaniałych kompanów z forum motocyklisci.kalisz.pl i Klubu Gremium MC będzie wyjazd do Świnoujścia. Terminu jeszcze nie znamy. Hel już zaliczyliśmy, czas na Świnoujście….. ale o tym napiszę w swoim czasie :D

….i wiecie co?…. ZAJEBIŚCIE BYĆ BIKEREM!!!

Nieomylny pan Łokieć w ZUPIE.

Posted by szpadi under Ogólne

Historia, którą Wam opowiem miała miejsce na prawdę. Nie jest wynikiem mojej wyobraźni ani też zasłyszaną bajeczką przekazywaną z ust do ust.
Miała miejsce kilka lat temu w Kaliszu i byłem jej bezpośrednim świadkiem. Świadkiem z nie małym udziałem niestety bez skutecznego, mimo prób wkładu w efekt końcowy.
Absurdalny i niedorzeczny finał sprawy tak mnie zagotował, że nie mogę o niej zapomnieć do dzisiaj.


I pewnie nie zapomę nigdy :-)

Dla własnego spokoju zmieniłem nazwy i nazwiska osób oraz firm zamieszanych w wydarzenia pewnego pamiętnego, przepięknego – wiosennego dnia….

…Pewnego pamiętnego, przepięknego- wiosennego dnia ;-) tuż przed południem spotkaliśmy się w pracy z bohaterem tej historii.
Pracowaliśmy razem. W tym mieliśmy zaplanowane spotkania z klientami.
Mój bohater wyjechał pierwszy z biura, ja jeszcze zabijałem czas do umówionej godziny (kawa, kopanie w necie i takie tam… – sami wiecie)

Gdy pakowałem zadek do auta, rozdzwoniła się komórka:
- nooooo, co tam? – zagadałem jakoś tak do słuchawki.
- cześć. Paweł, wiesz co….. pojedź za mnie, bo właśnie miałem stłuczkę. - usłyszałem z drugiej strony.
- Kuria Mać! Coś się stało? Potrzeba pomocy? Mam przyjechać? Wezwaliście policję? – zaatakowałem pytaniami
- Nie, nie potrzeba. W sumie nic wielkiego się nie stało. Koleś wyjechał mi maluchem z podporządkowanej, skręcał w moją stronę i podobno mnie nie zauważył. Przywaliłem mu w koło chyba bo maluchowi nic się prawie nie stało. Gorzej u mnie…… Heh! Francuzy są miękkie…
- no to lipa!
- nooo…. Ale koleś spoko. Przepraszał, bo to jego wina. Policji nie wzywamy, tyle teraz trąbią w radio żeby do pierdół nie wzywać. Piszemy oświadczenie i lecimy do ZUPY spisać papiery. Najgorsze jest to, że nie będę miał auta.
- ano… Dobra, przełożę klienta i podjadę zobaczyć jak sprawy się mają. Gdzie to się stało?
- na ulicy ………, wyjeżdżał z uliczki pod blokiem.
- ok… Zaraz będę…

Wsiadłem do auta i pojechałem.
Jadąc do celu odebrałem kolejny telefon z informacją, że jadą prosto do biura ZUPY spisać niezbędne dokumenty. Tam też i ja się udałem.
W ZUPIE oczywiście czeski film. Masa formularzy, pisania i tym podobne papierki jakie trzeba wypełnić by ubiegać się o odszkodowanie z ubezpieczenia sprawcy. Na miejscu, jak się okazało był też rzeczy znawca ;D i zrobił niezbędną dokumentację fotograficzną.
Na miejscu też dokładnie dowiedziałem się jak to się stało i zobaczyłem auta. Jak wspomniałem wcześniej kolunio wyjeżdżał spod bloku. Wyjechał prosto w auto mojego bohatera.

Mniej więcej wyglądało to tak jak na tym pięknym ręcznie przeze mnie stworzonym obrazie ;D

Uszkodzeń w maluszku prawie wcale. Zadrapany narożnik przodu i nic. Na oponie jedynie trochę śladu, co potwierdziło fakt że dostał w koło. Skręcał, więc nie ma się co dziwić. Z francuzem faktycznie gorzej. O wiele, wiele gorzej. Przy gwałtownym hamowaniu (a dzieje się tak, gdy zauważysz „jak Ci wyjeżdża pod koła” i z okrzykiem KUUUUUUURWAAAAA! dajesz w pedalstwo na maksa! – panie Łokieć(sic!)) francuz przynurkował i zaiwanił w maluszka. Strzelił tym co ma najdelikatniejszego, czyli środkową częścią zderzaka.

Ponieważ francuz ma tzw. strefy zgniotu, to co miało – wzorcowo się zgniotło pochłaniając energię uderzenia. Poszedł zderzak, błotnik, uchwyty mocujące chłodnicę, wentylator, jedna lampa i doszło do maski która się uniosła. Mimo tych obrażeń, nie nastąpił wyciek i auto samodzielnie pojechało do ZUPY :D .
Ponieważ maluszek strefy zgniotu ma niczym mercedes (kończące się na silniku) a opony nie mają, jego zniszczenia praktycznie były niezauważalne.

I tutaj zaczyna się zbieg niedorzeczności, niekompetencji, łajdactwa i skurwysyństwa w jednym. Zarówno ze strony ZUPY jak i (rzekomo) wymiaru sprawiedliwości.

Ale po kolei.

Po spełnieniu wszystkich formalności w ZUPIE mój bohater zapytał się czy może naprawiać auto, ponieważ jest mu niezbędne do pracy. Uzyskał odpowiedź, czego świadkiem byłem że tak. Sprawca i winny kolizji złożył oświadczenie na piśmie i sprawa była prosta – jego OC pokryje koszty naprawy.

I tutaj wkracza do akcji pan Łokieć. Doświadczony wiekiem i w pracy zawodnik ZUPY. Chyba jeden z lepszych… dla interesu ZUPY oczywiście. Potrafiący nawet zmieniać przepisy obowiązujące kierowców w naszym pięknym kraju, o czym za chwilę.
Pan Łokieć w swej nieomylnej nieomylności dostał sprawę i obudziła się w nim żyłka detektywistyczna. W sumie od tego jest, szkoda tylko że bardziej wierzy sobie niż PRAWDZIE… ale to mały szczegół. Dobra, objechałem go więc kontynuuję dalej :)

Koszty naprawy wyniosły ok X tysięcy zł. Niezbyt dużo bo jak wiadomo trzeba szukać tam gdzie taniej. Zgodnie z zasadami papiery poszły do ZUPY i nastąpiło czekanie aż łaskawa ZUPA zechce wypłacić to co się należy.
Pan Łokieć jednak zmarszczył brew, usta mu posiniały gdy przeglądał dokumentację i stwierdził… – chuja!… nie dostaniesz ani złotówki, bo jesteś jebanym wyłudzaczem! (opowiedziane moimi słowami).
Wezwał jeszcze raz sprawcę i zadał mu pytanie czy czasami człowiek, który w niego przywalił nie jechał uszkodzonym autem (!). Wyobrażacie to sobie?. Człowiek, który nie zauważył jadącego auta i wyjechał mu pod koła, miał opowiedzieć jak to auto wyglądało (takie rzeczy tylko w ZUPIE z panem Łokciem).
Ponieważ kierowca maluszka nie umiał jednoznacznie powiedzieć TAK lub NIE, stało się oczywiste w umyśle Łokcia że TAK. MAŁO TEGO!… stwierdził, że przecież to kierowca MALUSZKA miał PIERWSZEŃSTWO bo francuz miał go po prawej stronie. Tamto skrzyżowanie należy traktować jako równorzędne i jeżeli nie ma żadnych znaków, stosujemy zasadę pierwszeństwa zwaną „prawej ręki”.

Sprawa trafiła do sądu.

Mój bohater zagotował się, a ja stojąc obok trzykroć więcej gdy czytał pismo z sądu z informacją iż ZUPA zarzuca mu próbę wyłudzenia pieniędzy z OC i sfingowanie zdarzenia. Mówiąc prościej i zgodnie z tokiem rozumowania Łokcia, kolega mój jeździł sobie po mieście rozwalonym autem i tylko szukał okazji by komuś przypierdolić i wyłudzić kasę. Potwierdza to fakt, że do zdarzenia nie wezwano Policji.
Nie dość, że musiał wyłożyć pieniądze za naprawę auta to czekał go kolejny wydatek na tzw. adwokata. Ha… a ten to materiał na inną historię. Wziął kasę i mimo oczywistej wygranej – przepierdolił ją bo „on się na autach nie zna” i nie wie.

Sąd, ponieważ jest sprawiedliwy wezwał rzeczoznawcę sądowego. Był nim pan Łokieć.
Pan Łokieć- rzeczoznawca sądowy przyjrzał się skrupulatnie sprawie i stwierdził, że pan Łokieć- rzeczoznawca ZUPY ma rację!.
Przesłuchiwano świadków. Bohaterów zajścia, mechaników naprawiających auto, mnie. Pan Łokieć nie mógł się stawić bo miał kaszel… ale sąd nie ukarał go grzywną za nie stawienie się na sprawę bo po co. Zapłacił za to właściciel warsztatu, który zapomniał o tym i nie przyjechał (stawił się dopiero na drugiej).
Nasze zeznania na nic. A moje, które dla sprawy uważam powinno być kluczowe, ponieważ widziałem auto tuż przed zdarzeniem i po nim zostało prawie niezauważone!.

Adwokat tylko umiał siedzieć w tej swojej kiecce i widać było w jego oczach strach. Kurwa!…. do tej pory nie wiem czego się bał.

Sprawiedliwy Sąd mając tak niezależne opinie panów Łokci wydał sprawiedliwy wyrok – WINNY. Mówiąc prościej, mój kolega jest dziadem i wyłudził pieniądze od biednej ZUPY.
Dostał wyrok w zawiasach na 2 lata!!!!.

Myślałem, że mnie strzeli.

Z biegu poinformowałem TVN Turbo. Byli mocno zainteresowani. Chciałem panu Łokciowi zdmuchnąć śmietankę z nosa urywając niechcący łeb :D

Niestety mój bohater odpuścił. Nie miał już sił ani pieniędzy na procesy, odwołania i ciągnące się formalności. Trochę mu się nie dziwię…. ale ja bym nie odpuścił. Nawet teraz, po tylu latach.

A adwokat?. Heh… miał mniej więcej taki udział w tej sprawie jak pies mojego sąsiada przy tworzeniu tego wpisu. A kiełbasę dostał!

Słowa o poranku.

Posted by szpadi under Ogólne

autor bloga

 

Pozwólcie, że dla odprężenia zabiorę Was w świat słów, wierszy i przemyśleń mojego dobrego kolegi z gór.

Na swoim blogu zaprowadzi nas do miejsc, w których zwiedzimy ciekawe zakamarki naszych myśli, gdzie będziemy mogli uciec na chwilę od kiepskich spraw.

Doskonała odskocznia od codzienności, a zarazem świetny komentarz otaczającego nas świata.

 

Gorąco polecam!

 

 

 

 

Sobotnia medytacja.

Posted by szpadi under Ogólne

Wszelkie podobieństwa w poniżym opowiadaniu są całkowicie niezamierzone ;-)

Tekst pochodzi z działu „Kawały i dowcipy” z forum motocyklisci.kalisz.pl. Nie wiem kto jest autorem, ale bardzo mi przypadło do gustu, więc postanowiłem się z Wami tym podzielić.
Miłego czytania.

„Gadają sobie dwie świnki:

- Wierzysz w życie po Rzeźni?

- Jasne. Coś tam musi być. Mnie się wydaje, że odprowadzenie świni do Rzeźni to początek jej nowego życia. Nasze życie w chlewie jest po to, żeby się przygotować na to, co będzie potem.

- Głupoty. Nikt nigdy nie widział żeby świnia odprowadzona do Rzeźni pojawiła się kiedykolwiek ponownie. To proste, w Rzeźni życie świni się kończy. Pogódź się z tym.

- Nieprawda. W Rzeźni życie dopiero się zaczyna! Rzeźnia to miejsce gdzie koryta są zawsze pełne. W Rzeźni jest czysto, nie tak jak w chlewie, gdzie robimy pod siebie. W Rzeźni świnie nie muszą tłoczyć się tak jak tu, w chlewie, bo w Rzeźni jest mnóstwo miejsca dla każdej świni. Po prostu, życie po Rzeźni to spełnienie wszystkich świńskich pragnień.

- Ale skąd ty to wszystko wiesz? Mówisz to z takim przekonaniem, jakbyś sam kiedyś widział Rzeźnię na własne oczy! A przecież żadnej świni nie udało się stamtąd wrócić.

- Wiem, bo usłyszałem to od Czarnego Wieprza.

- A kto to taki?

- Czarny Wieprz jest najmądrzejszą świnią w całym naszym chlewie. Pięknie mówi i zna odpowiedzi na wszystkie pytania.

- Czy to czasem nie jest ten wieprz, który nigdy nie był z żadną maciorą? Ten, co ciągle wtrąca się, kiedy widzi młodego wieprza i młodą świnkę przebywających razem, mówiąc im, że wolno to robić jedynie w celu hodowli prosiąt?

- Tak, to on. Przyznaję, on jest trochę inny… Ale to nieistotne, bo Czarny Wieprz cieszy się naprawdę wielkim szacunkiem wśród większości świń. Wiele z nich, w dowód szacunku, regularnie oddaje mu część zawartości swojego koryta.

– Niesamowite.

- Czemu się tak dziwisz? Świnia o takiej pozycji w chlewie nie może tak po prostu żyć jak zwykła świnia. Czy to takie złe oddać mu niewielką część swojej dziennej paszy? Nie samym korytem świnia żyje.

- Założę się, że to też słowa Czarnego Wieprza… Ale cóż, jak uważasz. Mam inne pytanie. Skąd Czarny Wieprz wie to wszystko o Rzeźni? Przecież on również nigdy tam nie był?

- Usłyszał to od innego Czarnego Wieprza, starszego niż nasz.

- A ten starszy Czarny Wieprz, to skąd wiedział?

- Niestety, nie możemy go spytać, bo on już dawno odszedł do Rzeźni. Ale, o ile pamiętam, Czarni Wieprze od wieków przekazują sobie z pokolenia na pokolenie wiedzę o Rzeźni z przykazaniem, aby nauczały ją w całym chlewie.

- Rozumiem, ich też nie możemy zapytać. Czy zatem, poza opowieściami, są jakieś dowody na istnienie tego życia po Rzeźni?

- Oczywiście. To, że ty, ja i cały chlew istniejemy. To musi mieć jakiś sens. Pomyśl sam, czym by było nasze życie, gdyby jego celem nie było przygotowanie się do życia po Rzeźni?

- Chyba żartujesz. To nie jest żaden dowód. Z tego, że istnieje chlew wcale nie wynika to, że istnieje jakiekolwiek życie po Rzeźni, ani tym bardziej to, że wygląda ono akurat tak jak to opisuje Czarny Wieprz. Może Rzeźnia to coś zupełnie innego? Nie rozumiem, jak można wierzyć w takie rzeczy, nie mając do tego żadnych podstaw?

- Ty nic nie rozumiesz. Dowody nie są nam potrzebne. Czarny Wieprz mówi – „Dobra Świnia” wierzy na słowo. Świnia wątpiąca to „Zła Świnia”. Wiesz co? Im dłużej z tobą rozmawiam, tym bardziej widzę, że Czarny Wieprz ma rację. Jesteś Złą Świnią. Tylko ci w głowie koryto i maciory. Ale poczekaj, jeszcze się przekonasz. Życie w chlewie trwa krótko. Zobaczymy jak ciebie będą odprowadzać do Rzeźni. Jeszcze sobie przypomnisz o Czarnym Wieprzu!”

…dzisiaj też politycznie..

Posted by szpadi under Ogólne

Miało nie być politycznie…

Niestety wydarzenia ostatnich dni nie pozwalają mi koncentrować się dłużej na innych sprawach, jak te z ostatnich dni.
Jakoś tak mam, że wkurwia mnie nieziemsko dziadostwo, cwaniactwo politykierów.

Nie będę żółci tutaj wylewał, ponieważ ktoś zrobił to nad wyraz doskonale. Dlatego polecam gorąco tekst:

Podziękowania dla Premiera 

Od przyszłego tygodnia kończę z komentowaniem politycznych nieudaczników.
Mam kilka innych ciekawostek.

Taczka i wypad!

Posted by szpadi under Ogólne

Tusk.
…a miał się okazać mniejszym złem. Jednak kanalia umie mydlić oczy.

źródło: money.pl

Dopierdolił nam na dzień dobry wiek emerytalny celowo gdyż wiadomo, że wielu z znas poprostu za swojego żywota nie odbierze kasy jaką wyłożył do złodziejskiej struktury państwa.
Ceny paliw powodują u mnie głęboki żal i tęsknotę za czasami CPN-ów i Pewexów.

Wczoraj zafundował nam ACTA, które poprzez niesprecyzowane postanowienia mogą stać się dla wielu z nas pręgierzem za byle co.

Zastanawiam się co nim kieruje.
Co się lęgnie pod tą przetrzebioną czuprynką. Jakież musi mieć korzyści z podejmowania takich decyzji skoro mimo jawnie szkodliwego działania wprodzadza je w życie- nasze życie.

Posadka w brukseli? Możliwe, bo przez swoje decyzje czekać go może jedynie taczka.

Szczere wyrazy współczucia dla nas wszystkich.

Na koniec polecam lekturę wypowiedzi Wojciecha Cejrowskiego na temat ostatnich wydarzeń: „Wojciech Cejrowski o ACTA”

A z nim kolejne plany i założenia.

Jak zawsze o tej porze gdy zima za dwa, trzy miesiące da sobie spokój w głowie kotłują się pomysły i PLANY :D
Oczywiście większość z nich nie jest w sezonie realizowana z wielu powodów, ale zawsze jakieś trzeba mieć!.

Sezon wraz z niezawodną i wspaniałą ekipą z forum motocyklisci.kalisz.pl rozpoczniemy wyprawą do Świnoujścia. Tam spędzimy weekend na pogaduchach i planach na dalsze miesiące.
Tak sobie założyliśmy kończąc sezon 2011 w październiku wypadem na Hel…. i tak też się stanie.

Zamierzam też w końcu zrealizować swoje młodzieńcze marzenia… nieee…. nie to, że jestem już stary ;-D… odczekałem swoje i teraz mogę.
Z czasów szkoły a dokładniej technikum, kolega tak mnie zaraził wyprawą wzdłuż wybrzeża Polski, że stało się to moją obsesją i nieosiągalnym marzeniem.
Teraz, gdy jest ono w zasięgu ręki… czas na realizację.

Przed spełnieniem wspomnianego marzenia czeka nas- bikerów masa innych wypraw, zlotów, imprez i atrakcji…. echhh… chyba nie mogę się już doczekać, nawet mając świadomość że jeszcze będę miał dosyć ciekania na mojej przewspaniałej Kochanicy – Hondzie X-eleven.

ACTA

Posted by szpadi under Ogólne

Temat na topie.

Wszędzie huczy aż od protestów, akcji przeciw, wypowiedzi „mądrych głów”, ataków, pikiet itp. Wcale a wcale nie dziwię się że tak jest.    Zakres jaki obejmować ma to porozumienie to nie tylko internet :D ale i przemysł (!!!).
Jeżeli jakaś „mądra” (czytaj cwana) głowa wymóżdży i wykorzysta na swoją stronę zapisane w porozumieniu ustanowienia to  może doprowadzić do klapy  firm produkujących np. zamienniki części oryginalnych do aut, drukarek a nawet odzieży.Nasi politykierzy (tfu!) pucują się i liżą dupska chcąc podpisać ACTA co wpienia mnie bardzo, bo mają gdzieś skutki uboczne jakie za sobą może ono za sobą nieść. I najgorsze jest to, że mają gdzieś opinię publiczną.Już od samego początku powstawania porozumienia ACTA jego historia jest krzywa jak świński ogon. Wszystkie pogaduchy i ustalenia za zamkniętymi drzwiami, bez podawania informacji do opinii publicznej. Dlaczego? cholera wie!.
Jaki cel im przyświeca i po co tak na prawdę zostało to zainicjowane?… też nie wiadomo.
Czego jak czego, ale prawdy na pewno się nie dowiemy. Możemy jedynie mieć swoje zdanie na podstawie różnych ocen.Osobiście uważam, że to bubel porównywalny z tzw. obrazą uczuć religijnych…. i mam nadzieję, że jednak ktoś się otrząśnie i nie wpierdzieli tego do naszego życia!!!Poza tym, to świetny temat zastępczy i odwrócenie uwagi naszej od innych- ważnych spraw dziejących się naokoło nas. Ciekaw jestem co wprowadzą pod tą przykrywkę darmozjady na Wiejskiej?

(źródło informacji: dobreprogramy.pl

 … hahah.. pewnie znacie, ale nie mogłem się powstrzymać :D

Królowa Internetu przemawia!